my, zieloni
oplótł nas wiatr
i tak ubrani
biegliśmy ile tchu
tam gdzie kończy się świat
prawie nadzy
skoczyliśmy w przepaść naszych marzeń
spragnionym wzrokiem
spijaliśmy zielone mleko łąk
w płuca kradliśmy
zapach słodkich wspomnień
potem widzieliśmy
jak słońce zdejmuje do snu
swe pożółkłe szaty
i pąsowiało ze wstydu
na całym firmamencie
postanowiliśmy też
zaplecionymi warkoczami bić się z bólem
rękoma odganiać natrętny łzy
i łokciami rozpychać się przez życie
a gdy przyszedł czas na nową bajkę
zagięliśmy rogi nieba
by wiedzieć gdzie