topielec błękitu
wybrał się w toń marzeń bezkształtną
powoli zanurzył w błękicie przepastnym
wdychając bryzę po niebie kuśtykającą
napełnił swe serce wodą nie-słodką
i czekał
a słońce szarzyło na zakołtunionym niebie
i łzami zraszało suchotę zlęknionych myśli
rozmyte powoli obrazy
świeżością rozpychały wielorazowe wspomnienia
i tłumił swój krzyk
w rozbryzgujących się falach prawie-spokoju
okrutne pieczenie ścisnęło mu oczy
ból rozrywał zasolone oddechy
tak blisko był koniec
a krawędź między dnem a taflą
tak bardzo odległa
w końcu utonął
w bezmiarze rozszalałego oceanu
zbyt intensywnie zanurzając się w złudzeniach
przemoknięty tym snem
wyżął zatęchłe wilgocią rozczarowania
i znów nie umiał dokonać wyboru
czy płynąć w tej życiowej głuszy
czy znowu w szumie utonąć