utopia Boję się zimna.
Gdy przylega do mnie w postaci gęsiej skórki i powoli paraliżuje.
Dlatego wstając o 6 rano zapięłam zegarowi kurtkę w kolorach nadziei.
On musi żyć w cieple ludzkich oddechów.
Wyszłam prosto na zieloną łąkę.
Wiatr wiał po kostkach i mierzwił nierozczesane loki traw.
Biodra drzew wraz z ramionami zdawały się łaskotać podarty już aksamit nieba.
Dookoła rozbrzmiewała upojona światłem rembetika, scalona nutami letniego deszczu.
W pobliżu biedronka uporczywie liczyła ziarenka piasku, które niczym komboloi dodawały światu otuchy.
Gdzieś nieopodal trzmiel wesoło drapał rozchełstane płatki storczyków.
Natomiast pan sprzedawca słodkiej waty w wesołym miasteczku nie zrobił nam chmur, gdyż dziś wszyscy stali w kolejce po prażone orzeszki.
Niebo więc pozbyło się dziecięcego różu z policzków i niewinnością poranka odświeżyło na łące różanopalcą Eos.
Po długich pertraktacjach z zapachem chabrów usiadłam na fotelu ze szczęśliwej koniczyny i obierałam pomarańczę.
W pewnym momencie okazało się, że zjadłam słońce.
A więc to tak znika świat.
Został tylko księżyc, który uciekł z piekarni i rogalował na ponurym atramencie.
Od czasu do czasu cukierkowały mu też gwiazdy.
Niespodziewanie stwierdziłam, że stoję na zimnym betonie.
Od spodu rozlegało się uporczywe pukanie.
Przystawiłam ucho do podłoża i usłyszałam chrapanie zapasowego słońca.
W milczeniu więc przykucnęłam koło Bezsenności, by zobaczyć, jak rodzi się nowy dzień o lekkości motylich skrzydeł.

26-03-2007