wewnątrz i na zewnątrz
podarta na strzępy kamiennica
krzyk wbity we framugę
płacze
zdarta farba i odpadający tynk
stojąc przy oknie
szukałam świata
niestety
szyba zbyt brudna
zamglona od przyrzeczeń
potrzeba zawieszenia uśmiechu
na wypłowiałej smutkiem twarzy
odeszła
słońce od dawna
mnie nie odwiedza
przecież co dzień otwieram
podrapane żalem drzwi
na szerokiej ulicy
latarnia cicho śpiewa
o końcu świata
podobno przechadza się tędy Bóg
z gestem wymownym
dziś niedziela
nie pracuję
faktycznie
widziałam anioła
wypluwał łzy do kałuży
z rozmazanym makijażem
zdejmował papierowe skrzydła
mamrotał coś